Dodano:Dodał: SETH
Nazywasz się Victor Corbet i jesteś agentem specjalnym w jednostce powołanej do zwalczania przestępstw narkotykowych. Poważnych przestępstw. Dlatego nie powinno Cię dziwić, że kiedy wywiad zdobył informację o nagłym wzroście aktywności wśród karteli narkotykowych w Południowej Ameryce, wysłano Cię tam w trybie natychmiastowym. Pech chciał, że kilka godzin po przybyciu na miejsce, centralne biuro DEA zostało zaatakowane przez narkotykowych terrorystów i wycięte w pień. Podejrzenie padło na kartel zwany La Valedora – grupę za którą stoją najwięksi bossowie mafii narkotykowej, bezwzględni, brutalni, których jedynym celem jest sprzedaż białego proszku na całym świecie, bez względu na to ile istnień musi odejść z tego świata, by tak właśnie się stało. W bardzo szybkim tempie zostałeś więc przydzielony do lokalnego oddziału zajmującego się zwalczaniem tego rodzaju przestępczości. Nie pozostaje więc Ci nic innego jak zamienić w proch (bynajmniej nie śnieżnobiały) kilkuset niegrzecznych i uzbrojonych po zęby panów.
Mamy więc naszego bohatera rzuconego w wir wydarzeń, wyposażonego w najbardziej popularną i skuteczną broń palną, widowiskowy uniform oddziałów specjalnych policji, kamizelkę kuloodporną oraz towarzyszy z oddziału przy boku. To wszystko podane na ekran w formie widoku z trzeciej osoby i doprawione mnóstwem widowiskowych akcji, o których będzie mowa za chwilę.
Podczas naszej podróży od jednego bossa do drugiego, oczywiście celem likwidacji, przemierzymy naprawdę zróżnicowane etapy. Dyskotekę, w której uszy aż pękają od dobijających się z głośników basów, opuszczoną fabrykę ze zdradzieckimi magazynami, w których za prawie każdym rogiem czyhają żądni naszej krwi przeciwnicy, biurowce z niekiedy naprawdę wypasionymi apartamentami, dżunglę z jak uwielbianymi przez nas wiszącymi nad rzeką mostami i palmami odbijającymi w swych soczysto zielonych liściach promienie słoneczne, czy też port morski z niezaładowanymi jeszcze na statek kontenerami z kokainą. Nie można pominąć też prywatne muzeum z eksponatami z Drugiej Wojny Światowej w willi pewnego zboczonego hitlerowca oraz uwielbiane przez wszystkich skradankowiczów kanałów wentylacyjnych. Przy tym wszystkim, wnętrza kościoła wysłane trupami po szturmie kolegów z oddziału, wydają się niczym nadzwyczajnym.
Wszystkie te lokacje prezentują się na ekranie bardzo dobrze. Liście drzew ładniutko falują na wietrze, wszelakie szyby w wystawach, czy też oknach można zbić jedną serią z karabinu maszynowego, czy też po prostu przez nie przelatując ‘na szczupaka’. Bogactwo obiektów w większości miejscówek mile łechci nasze narządy wzrokowe, od czasu do czasu zniekształcając obraz wybuchającymi w pobliżu granatami czy beczkami z paliwem. Nie można pominąć latających nad naszymi głowami, lub przed korpusem naszego bohatera różnego rodzaju obiektów, np. skrzyń, które potraktowane serią z karabinu ładnie przemieszczają się z miejsca na miejsce.
Kto by jednak chciał strzelać w przedmioty martwe, kiedy to przed lufą naszego karabinku przebiegają członkowie narkotykowego gangu, próbując trafić nas między oczy, lub chociażby w mocno pikające z powodu napływu adrenaliny serce. Szczególnie, że wrogowie napotykani na naszej drodze ku chwale i porządkowi na świecie, wyglądają jak prawdziwe szumowiny. W pozytywnym tego słowa znaczeniu. Znaczy się wyglądają w tej grze naprawdę przyzwoicie i w trakcie przemierzania kolejnych poziomów w El Matador nie mamy złudzenia, że bierzemy udział w wojnie klonów. Panowie w garniturach i ciemnych okularach, faceci w kominiarkach, terroryści w kuloodpornych kombinezonach, członkowie gangu w śmiesznych koszulkach. Można by tak wymieniać i wymieniać… Od czasu do czasu znajdzie się też jakiś wielki pan, którego wskaźnik zdrowia ukaże się z lewej strony ekranu i którego będziemy musieli potraktować większa ilością ołowiu niż zwykle. No i który ma trochę więcej inteligencji niż mięso armatnie rzucone nam z definicji na pożarcie.
Z definicji, bowiem na najwyższym stopniu trudności wrogowie uprzykrzają nam życie tak mocno jak się tylko da. Zapomnijcie o statycznych jełopach z innych gier, którzy biegają z góry zdefiniowanego punktu A do punktu B. Tutaj źli panowie kryją się zza węgłem, chowają się za skrzyniami, półkami, rzucają się szczupakiem przed siebie, by tylko ominąć lecące w ich kierunku pociski, odrzucają skierowane pod ich nogi granaty. Przy czym ich zachowanie nie ogranicza się jedynie do defensywy, lecz bardzo często to oni są prowodyrami strzelanin wyskakując zza rogu i biegnąc w naszą stronę ile im Bozia w nogi energii dała, strzelając (celnie!) z taką częstotliwością na jaką pozwala ich broń. Dlatego najwyższy stopień trudności powinni zarezerwować sobie naprawdę maniakalni gracze, którym nie straszne jest powtarzanie pewnych etapów po dziesięciokroć.
żeby nie było – na średnim poziomie trudności przeciwnicy również głupotą nie grzeszą i prezentują wcześniej wymienione przeze mnie umiejętności i zachowania, jednak z troche mniejszą agresywnością i celnością.
Tak więc wymiana ognia z wrogiem jest bardzo dynamiczna, szczególnie, że podczas rozprawiania się z przeciwnikami towarzyszy nam dynamiczna muzyka wydobywająca się z naszych głośników, która powoli przechodzi w spokojne rytmy, kiedy na ekranie nic się nie dzieje. Arsenał, którym dysponujemy (pistolety, rewolwery, UZI, karabiny maszynowe, snajperki, bazooka, strzelby) również wydaje dosyć realistyczne odgłosy, tak samo jak towarzyszące w tle wybuchy.
Oprawa graficzna, muzyczna i dźwiękowa, tak samo jak radość z rozprawiania się z wrogami stoi na dosyć wysokim poziomie. Szczególnie jeśli dochodzi do tego efekt znany z Matrixa, lub Max Payne – spowalniacz czasu. Klikając w odpowiedni klawisz akcja dziejąca się na ekranie ulega znacznemu spowolnieniu, jakby na powtórce, z tym jednak ułatwieniem, że naszym bohaterem możemy celowac w czasie rzeczywistym. Jak to wyglada zapewne wszyscy z Was wiedzą. Z ‘Bolącego Maksymiliana’ zapożyczone zostały ruchy odpowiedzialne za skoki w bok, przód czy tył z jednoczesnym slow-downem.
Pod względem graficznym tryb ten prezentuje się bardzo dobrze, tak samo jak przydaje się on w samej walce, z tym jednak wyjątkiem w stosunku do wydanej kilka lat temu pozycji, iż stosowany nagminnie (lecz nie ciągle – na górze ekranu mamy pasek, który ogranicza jego ciągłe używanie) może się dla nas źle skończyć. Slow-down należy wykorzystywać w przemyślany sposób, kiedy zbliża się do nas kilku przeciwników, kiedy wiemy, że za rogiem czai się terrorysta czy też w innych adekwatnych do tego sytuacjach.
Samą fabułę w El Matador do wybitnych zaliczyć nie mogę. Szczerze mówiąc jest jej tyle, co kot napłakał, a scenki przerywnikowe między misjami mogą podobać się jedynie ze względu na ich dynamikę (nie myślę tu o odprawach, ale o na przykład szturmowaniu budynku, przelotów helikopterem itp.). Szkoda, że autorzy nie pomysleli nad trochę głębszym rozwinięciu warstwy fabularnej, bowiem wyszłoby to, moim zdaniem, grze na dobre. A tak mamy tu typową dla tego typu produkcji zdradę, przekomarzania głównego bohatera z kimś innym, rozwijająca się nić sympatii pomiędzy dwoma postaciami… To już wszystko było, nic odkrywczego.
Rozpocznijmy teraz litanię wad tego tytułu, która jest dosyć spora i dotyczy w większości spraw technicznych El Matador. Nawet nie wiecie ile ja się przy tej grze wycierpiałem, ile brzydkich słów padło pod adresem koderów z firmy tworzącej tą grę… Ja rozumiem na przykład, że w dzisiejszych czasach 512 MB Ramu to jest totalne minimum, żeby w coś sobie pograć. Ale do cholery od kiedy ‘quick load’ wgrywa się ponad minutę od wciśnięcia magicznego przycisku z wygrawerowanym symbolem F9 ? To jest dokładnie tylko kilka sekund krócej niż ładowanie do pamięci całego poziomu! A, że na najwyższym stopniu trudności giniemy średnio co kilka minut, to na pół godziny czystej rozgrywki mamy dodatkowo 15 minut patrzenia się w ekran z napisaem Loading..
Kolejna sprawa. Strzelanina na ekranie toczy się w najlepsze, biegnę wzdłuż korytarza i nagle kamera zatrzymuje się w miejscu, a postać Victora biegnie sobie w głąb ekranu. Hamujemy niczym Struś Pędziwiatr na autostradzie, zawracamy, a nasz bohater obraca się do nas ukazając swoje śliczne oczka. Nie pomaga wgranie poziomu od nowa, magiczne kombinacje klawiszy… Trzeby wyjść z gry i załadować ją od nowa, co wiąże się z kolejnymi dziesiątkami sekund straconymi na czekaniu aż poziom się załaduje do końca.
Z mniej bolących przypadłości El Matador należy wymienić przenikanie przez ściany, czasami debilne zachowanie bossów (widzisz, że zza rogu wystaje takiemu kolanko, przymierzasz się z oddali i ładujesz do niego kilka magazynków, aż energia spadnie mu do zera) oraz trochę niska liczba amunicji na danym poziomie, nie pozwalająca wyżyć nam się na wszystkich i wszystkim.
Podsumowując. Przygody Victora Corbeta byłyby idealną pozycją dla fanów tego typu gier, gdyby nie tych kilka wad, które możecie wyczytać w moim tekście. Wystarczyłoby też dodać bardziej rozbudowaną fabułę, chociażby namiastkę tej z Max Payne (pod względem jej rozbudowania), a w El Matador grałoby się o wiele przyjmniej. Co nie znaczy, że gra się źle. Poziomy przechodzi się z przyjemnością, wrogowie naprawdę potrafią napsuć trochę krwi, a naszym oczom i uszom dostarczane są naprawdę przyjemne doznania. Niestety, moim zdaniem na więcej niż szóstkę gra nie zasługuje.
SETH
Nasza ocena
- 8.0
- 7.0
- 6.0
- 7.0
- 6.1
Ocena ogólna
Grafika
Dźwięk
Grywalność
Żywotność
Ocena ogólna
- Reguły
- Zakaz używania słów powszechnie uznawanych jako wulgarne i obrażające innych.
- Redakcja serwisu nie bierze odpowiedzialności za treści pisane przez użytkowników.
- Nie możesz pisac komentarzy jako gość. Zaloguj się albo Załóż nowe konto
Twoje konto
El Matador
- Wydawca:
- Cenega
- Producent:
- Plastic Reality Technologies
- Gatunek:
- Akcja
- Premiera:
- nieznana
- Platforma:

- Odsłon:
- 335
W kolekcji: 0
Na liście życzeń: 0

